Strona:Elegie Jana Kochanowskiego (1829).pdf/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Tak się wdzięcznie skłoniła ku łożu mojemu,
I te zda mi się słowa mówiła śpiącemu:
“Komu jak tobie kochać rozsądnie przystało?
“Którego serce miłość tak dawno zaznało,
“Żołnierz przywykły trudom przez walkę codzienną,
“Niezlękniony się budzi na trąbę wojenną,
“Kto często okrętami słone wody porze,
“Spokojnie się kołysze przez zdradzieckie morze,
“Ty od jarzma usuwasz kark już ujeżdzony,
“Jakby ów buhaj świeżo od stada spędzony;
“Ty łagodnie zadanym opiérasz się ranom,
“I nie baczny już samym złorzeczysz niebianom. —
“Ach szalony ten komu skłonne wiatry wieją,
“Niewie, że nieprzyjazne tąż przyprą koleją.
“Komuż bóstwo miłości tyle szczęścia dało,
“Aby dla łez jakiego miejsca nie zostało?
“Tysiącom trosk uniknij, tysiące zostaną,
“I obiegną twą duszę za bezpieczną mianą.
“Znieść, co każe konieczność, to mądrego rada,
“Śmieszy bogów, kto sobie sam cierpień dokłada,
“Gdybyś innych kochanków niedole ocenił,
“Dziś płaczący, sam byś się fortunniejszym mienił,
“Małoż to myślisz płacze przy bramach Erebu,
“Którym bożek złośliwy przyspieszył pogrzebu?
“Albo którym bogate podziadowskie miana
“Przefrymarczył na włości nieznanego pana, —
“Twojéj jak wdzięczne lica tak umysł łagodny,
“Więcéj może cię kocha niżeliś sam godny,