Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W kosmicznym wirze wszechświatów,
W złotej ulewie wieczności,
Będziemy płynąć — o szczęście!
— Będziemy płynąć do gwiazd!!

Zmęczoną kołaczę dłonią,
Czy słyszysz? — to ja, to ja!
Mrok leży wszędzie ponury,
Mrok w sercu żałobnie gra,
A serce boleśnie rozpięte,
Na gwoździach trumiennych wiek,
Nie może siebie oderwać
Z powrotem na życia brzeg!

Dlaczego nie odpowiadasz?
Nie rzucasz gorących słów?
— Ni tu, ni tam iść nie mogę.
Wśród trumien zgubiłem drogę.
Od życia trumna oddziela,
Od trumny oddziela życie!
Ach! kiedyż przyjdzie niedziela,
Duchowej ciszy w błękicie?!

Zmartwychwstań, powstań, wróć do mnie!
Rozedrzyj tę straszną głuszę!
Wszak jesteś przy mnie jak dawniej,
Jak dawniej patrzysz w mą duszę!
Nic Ci nie było w niej obce,
Każdym się cierniem wzruszałeś,
Dlaczego więc teraz na wszystkie
Me ciernie zobojętniałeś!?

O mów, o przemów... lecz próżno!
Widać już nic Cię nie wzruszy,
Widać umarłeś na prawdę,
Na wiek już będziesz bez duszy!!