Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jak żeglarz na pełnem morzu.
A gwiazd masz — ile zapragniesz,
Błyskawic — ile rozniecisz,
W tym przeogromnym przestworzu,
Gdzie śpiewem gwieździstym świecisz!!

Gdy Cię znosili po schodach,
W szarej, stalowej trumnie,
Coraz to niżej i niżej,
Do wrót mrocznego kościoła,
Czułem, że po tychsamych
Schodach — szelestem anioła,
Odchodzisz stopień po stopniu,
W słoneczne, mistyczne wyże!!

Jęłem się wówczas przedzierać
Za Tobą, przez truchła i krzyże,
Zasłony zdzierać kirowe,
Woskowe świece dogaszać.
I śmierć co mnie dotąd straszyła,
Już mnie nie mogła przestraszać,
Zrzuciłem z siebie jej pozór,
Żałobie zadałem kłam!

O puść mnie litosny druhu,
Do złotych, mistycznych bram!
— Zmęczoną dłonią kołaczę,
Czy słyszysz? to ja, to ja!!
Twój najwierniejszy przyjaciel,
Niebiańskiej spragniony rosy,
Samotnik, co śpiewa w pustyni
Samotne hymny do serc!

Śmierć Ci znów ze mnie uczyni,
Duszę bratersko — oddaną,