Strona:Edgar Allan Poe - Nowelle (tłum. Beaupré).djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cym się nad wodami wielkiego kanału w bliskości Rialto. Chociaż jak wspomniałem było już po wschodzie słońca, gmach cały był rzęsiście oświetlony.
Wskazano mi szerokie schody, mozaiką wyłożone, prowadzące do komnaty urządzonej z tak oślepiającym przepychem, że stanąłem jak wryty na jej progu. Nie było tu mowy o jednolitym żadnym stylu pewnego narodu. Oko błądziło z przedmiotu na przedmiot, nie mogąc spocząć na żadnym, ani na groteskowych malarzach greckich, ani na rzeźbach z najlepszej włoskiej epoki, ani na olbrzymich egipskich kobiercach. Ze wszystkich ścian spływały bogate draperye, poruszane tchnieniem cichej melancholicznej muzyki, której źródła nie mogłem odkryć. Uczułem zmięszaną woń delikatnych kadzideł, palących się zielonymi i fioletowymi płomykami, w kunsztownie wyrżniętych kadzielnicach. Promienie wschodzącego słońca zalewały wnętrze komnaty, wpadając przez wielkie okno, złożone z jednej karmazynowej szyby.
Na ciężkich kotarach, które opływając zagłębienia framug, wyglądały jak katarakty roztopionego srebra, igrało podwójnym blaskiem zmieszane światło promieni słonecznych i zapalonych pochodni, wywołując zadziwiające refleksa.
— Cha! cha! cha! — zaśmiał się gospodarz tego mieszkania, który wprowadziwszy mnie, wskazał mi siedzenie, a następnie rzucił się sam na otomanę — jak widzę, dziwi pana