Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Morelli zgasło razem z jej śmiercią. Nigdy nie mówiłem z córką o matce; nie podobna było mówić. W czasie krótkiego swego istnienia nie odbierała ona żadnych wrażeń ze świata zewnętrznego, z wyjątkiem tych, na jakie pozwalało jej szczęsne odosobnienie. W końcu ceremonja chrztu przedstawiała dla mego umysłu w tym gorączkowym stanie sposób wybawienia ze szponów mego przeznaczenia. Przy chrzcielnicy zawahałem się nad imieniem. Na usta moje cisnęło się wiele tytułów pięknych i rozumnych, dawnych i nowych czasów, mego własnego i obcych krajów, razem z wielu tytułami szlachetnych, szczęśliwych i dobrych. Cóż więc skłoniło mnie do zakłócenia spokoju pogrzebanej zmarłej? Jakiż demon podszepnął mi ten dźwięk, na którego samo wspomnienie krew zbiegała ze skroni do serca? Jakiż zły duch przemówił z głębin mej duszy, gdym wpośród tych ciemnych naw i wśród ciszy nocy wyszeptał w uszy świętego męża słowo — Morella? Któż inny, jak nie zły duch skręcił rysy mego dziecka, pokrył je barwami śmierci, gdy zadumawszy się na ten ledwie dosłyszalny dźwięk, zwróciła swe szklane oczy z ziemi ku niebu i padając na wznak na czarne płyty kościoła, odpowiedziała — »jestem tutaj!«
Wyraźnie, zimno, spokojnie, wpadły te proste dźwięki w moje ucho, a stąd jak stopiony ołów potoczyły się z sykiem do mego mózgu. Lata — lata mogą upłynąć, ale pamięć tej chwili — nigdy!