Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jak dotąd poddawałem się biernie jego nad sobą panowaniu. Uczucie głębokiej obawy, z jakiem zwykłym był patrzeć na wzniosły charakter, majestatyczną mądrość, oraz pozorną wszechobecność i wszechmoc Wilsona, dodane do uczucia przerażenia, nawet, którem przejmowały mnie pewne inne rysy jego natury, napełniało mnie do tej pory ideą o mej własnej słabości i bezradności i podsuwało domyślne, choć wstrętne mi poddawanie się jego woli. Ale w ostatnich czasach zacząłem tonąć w winie, którego wpływ pozbawiał mnie coraz więcej cierpliwości w znaczeniu tej kontroli. Zacząłem mruczeć, — wahać się, — opierać się wreszcie! A czy to była jeno fantazya, która kazała mi wierzyć, że ze wzrostem mojej stanowczości siła dręczyciela proporcyonalnie się zmniejszała? Jakkolwiek bądź zacząłem uczuwać natchnienie palącej nadziei, poczem powziąłem w duszy postanowienie nie poddawania się więcej tej niewoli.
Działo się to w Rzymie, podczas karnawału w 18.. roku; byłem na maskaradzie w pałacu neapolitańskiego kięcia Dr. Broglio. Wlałem w siebie więcej wina niż zwykle, a duszna atmosfera natłoczonych pokoi, drażniła mnie ponad miarę. Trudność przeciśnięcia się przez labirynt zebranego tłumu przyczynił się też nie mało do poirytowania mnie; szukałem bowiem chciwie (niech mi wolno będzie przemilczeć w jak niegodziwym celu) mło-