Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ducie, który tam tak dobrodusznie nadchodzi — to zapewne bardzo bogaty obywatel. I on zatrzymuje się przed ślepym i rozpoczyna z nim długą rozmowę, przyczem innym ludziom drogę zamyka i przeszkadza im udzielać jałmużny landwerzyście; w końcu wyciąga potężną, zieloną sakiewkę z kieszeni, otwiera jej węzełek nie bez trudu, i tak ohydnie śród pieniędzy przebiera, że zdaje mi się, aż tutaj brzęk ich słyszę. Parturiunt montes! — Chcę jednak szczerze wierzyć, że szlachetny ten filantrop, wzruszony widokiem nędzy, zrujnował się na fałszywy grosz. Przy tem wszystkiem jednak myślę, że ślepy w dni rynkowe stosunkowo nie małe zbiera zyski i dziwi mię, że przyjmuje wszystko bez najmniejszego znaku wdzięczności; tylko lekki ruch warg, który zdaje się dostrzegam, dowodzi, że stary mówi coś, co może być podziękowaniem, ale i ten ruch dostrzegam tylko od czasu do czasu.
On. Masz tu zdecydowany wyraz doskonale zamkniętej rezygnacyi. I cóż mu znaczą pieniądze? Korzystać z nich nie może; dopiero w rękach trzeciej osoby, której on bezwarunkowo zaufać musi, pieniądze jego otrzymają wartość. Mogę się my-