Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jeszcze błękitne góry, podobne do miasta olbrzymów.
— Patrz-no Nathanaelu, — rzekła Klara, — czy widzisz tam ten krzak szarawy, który zdaje zbliżać się coraz więcej?
Nathanael sięgnął ręką do kieszeni, i, wyjąwszy lornetkę Coppoli, przyłożył ją sobie do oczu. O nieba! ujrzał przed sobą postać Olympii!
Krew mu zbiegła do serca. Blady jak śmierć, spojrzał osłupiałym wzrokiem w twarz Klary, z oczu sypnęły mu się płomienie, i ryknął jak zwierz zewsząd obsaczony. Nagle wyskoczył w górę, i śmiejąc się śmiechem potępieńca, zaczął wołać głosem przenikliwym:
— Kręć się lalko z drewna! kręć się! tańcuj, grzmij!
I porwawszy wpół Klarę, chciał ją zrzucić na dół; ale ona w rozpaczy wszystkiemi siłami uczepiła się poręczy.
Lotar, usłyszawszy wycie szaleńca i krzyki Klary, bez namysłu rzucił się na schody wieży. Na drugiem piętrze znalazł drzwi zamknięte, podsadził je, i wyleciały z zawiasami.
— Ratunku! ratunku!? — wołała Klara coraz słabszym głosem.