Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wym, poznawszy teraz dopiero: ile to nieba mieściło się w anielskiej duszy jego Klary. Prawda też, że nikt mu nigdy nie wspomniał o przeszłości. Zdawało się nawet, że sam oddawna zapomniał wszystkiego. Jednak raz przy odjeździe Zygmunta, odezwał się niespodziewanie:
— Doprawdy Zygmuncie, gdzieś mi się już była zapodziała piąta klepka. Szczęściem na czas nadszedł anioł, i nie dał mię opętaniu: była to Klara.
Zygmunt zagadał jakoś tę drażliwą kwestyę i na tem się skończyło.
Już byli na wyjezdnem do swojej posiadłości, kiedy wypadło jeszcze porobić niektóre sprawunki. Było południe, ogromna wieża ratuszowa pokrywała swoim cieniem cały rynek, pełen zgiełku.
— Wiesz co Nathanaelu, — rzekła Klara, — wejdźmy sobie na wieżę. Śliczny musi być stamtąd widok na dalekie góry.
Nathanael z chęcią przyjął ten wniosek. Matka odeszła ze służącą do domu, a Lotar przyrzekł czekać na dole.
Kochankowie, trzymając się pod ręce, stali sobie na najwyższym ganku wieży, i przyglądali się przecudnej panoramie lasów dalekich, poza którymi piętrzyły się