Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tknięciu, przeszył go i teraz dreszcz śmiertelny, mimowolnie przypomniała mu się dziewica-widmo, nawiedzająca oblubieńca w ludowej balladzie; ale czarująca dziewczyna namiętnie przycisnęła go do piersi; a usta jej zdawały się rozgrzewać coraz silniej własnemi jej pocałunkami.
Tymczasem Spallanzani przechadzał się bezustannie po pustej sali, kroki jego budziły głuche echa, a postać przedstawiająca się w półcieniach miała coś fantastycznego i wymykającego się zmysłom.
— Czy kochasz mię? Czy mię kochasz przynajmniej, boska Olympio? O! powiedz mi, powiedz duszy mojej to czarodziejskie słowo: kochasz-że mnie?
Tak mówił Nathanael. Ale Olympia wstała tylko, i odpowiada, wzdychając:
— Ach! Ach!
— O tak! cudowna gwiazdo mej miłości, — mówił Nathanael, — zabłysłaś obietnicą szczęścia pośród nocy mego życia, i opromieniać je będziesz na wieki:
— Ach! Ach! — odpowiedziała Olympia, odchodząc.
Nathanael pobiegł za nią, i znalazł się twarz w twarz z profesorem.
— Zagadałeś się do późna z moją cór-