Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ach! Ach!
Na co Nathanael odpowiadał z uniesieniem:
— O istoto niebieska! o królowo mej duszy! O ty promieniu cudowny, zwiastujący lepsze światy, ku którym wyrywa się tęsknota! O światło mojego życia! o jedyna moja pani.
Ale Olympia, za całą odpowiedź powtarzała tylko, patrząc mu w oczy i wzdychając:
— Oh! Oh!
A Spallanzani przechodził koło nich co chwila, przyglądając im się z uśmiechem zadowolenia. Nagle Nathanael, opamiętawszy się w swojem upojeniu, spostrzegł, że już było późno. Obejrzał się wkoło, sala była już najzupełniej pusta. Ostatnie światła dogasały, pryskając w pośród ciszy.
— Co? rozstać się już? Rozstać się z tobą, Olympio! — wykrzyknął namiętnie, odchodząc od siebie z rozpaczy.
Mówiąc to, porwał jej rękę, i okrywał ją płomienistymi pocałunkami; palące łzy zaćmiły mu źrenicę. Olympia pochyliła się ku niemu, i rozgorączkowanych ust jego dotknęły jej usta jak lód zimne. Podobnie jak wprzódy przy pierwszem ręki do-