Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mogąc się powstrzymać dłużej, zawołał mimowolnie, sam nie wiedząc, co mówił:
— Olympio! ach! Olympio!
Wszystkie spojrzenia skierowały się ku niemu, niektórzy goście śmiać się poczęli. Organista z katedry zaczął mu się bystro przypatrywać przez okulary i szepnął do siebie, kręcąc głową:
— No, no! no, no!
Po koncercie bal się rozpoczął. Tańczyć z nią! o rozkoszy! Ale jak się tu ośmielić zaprosić ją do tańca, taką królowę. Tymczasem, nie wiedzieć jakim sposobem, znalazł się już przy niej, ujął ją za rękę, i pokazało się, że nie była zamówiona, choć nie przemówili do siebie nawet słowa. Ale dłoń Olympii była zimna, jakby trupia. Nathanael uczuł dreszcz po wszystkich członkach, szczęściem, spojrzawszy zdumiony w oczy dziewczyny, wyczytał w nich tyle miłości i szczęścia, że zapomniał o wszystkiem w świecie. W tejże chwili uczuł także jakby krew krążyć zaczęła w jej dłoni; dotknął tętna, biło przyśpieszonym napływem. Rozszalało mu się w głowie, w sercu. Ująwszy kibić czarodziejki, porwał ją w wir szalony, i przepadli w kole tańczących. Ale po