Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śnięta sznurówką, tak jakoś wyglądała sztywno. Także chód jej i ruchy miały w sobie coś jakby ściśle obliczonego, i nadto jednostajnego. Nie podobało się to niektórym osobom zbyt wymagającym, ale też młodej osobie, poraz pierwszy w świat wchodzącej, zadowolić wszystkich niełatwo.
Rozpoczęto zabawę koncertem. Olympia dała się naprzód słyszeć na fortepianie, w czem okazała biegłość znakomitą, choć nieco zamało uczucia; następnie odśpiewała przepyszną aryę di bravura głosem czystym i dźwięcznym, ale który nieco przypominał harmonijkę. Nathanael był zachwycony. Stojąc poza tłumem słuchaczy, nie był w stanie dokładnie widzieć twarzy Olympii, dobył tedy z kieszeni lornetki Coppoli, i przyłożył do oczu.
O rozkoszy! Wtedy to spostrzegł dopiero, że urocza dziewczyna w niego tylko patrzała, w niego jednego, i, że modulacyom jej głosu, najcudowniej odpowiadały namiętne jej spojrzenia! Świetne dźwięki, ulatując z jej piersi wzdętych miłością, wydawały się Nathanaelowi cudownymi wyrazami, których znaczenie czytał w własnem sercu, i kiedy umilkła, nie