Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w imię twego zbawienia, nie zabieraj mi go; w imię Chrystusa i Najświętszej Panny, pozostaw mi to dziecko, pozostaw!
Gdy go błagała w ten sposób, ani jeden muskuł nie poruszał się na jej twarzy; wargi nawet zdawały się nieruchome, a starzec i jego żona i wszyscy, którzy na to patrzyli, lodowacieli z przerażenia.
— Nie — odrzekł oficer z krzykiem rozpaczy — nie, kobieto nieludzka i nielitościwa, mogłaś wyrwać serce z mego łona, ale nie zatracisz, w swym obłędzie, tej niewinnej istoty, która ma ranę moją uleczyć.
Mówiąc to, oficer ścisnął dziecię tak mocno, że aż zapłakało.
— Zemsta! — głuchym zawołała głosem Celestyna — zemsta niebios na ciebie, zabójco!
— Precz, precz ode mnie, zjawisko piekielne! — odparł wojskowy. I konwulsyjnym ruchem odepchnąwszy Celestynę — rzucił się ku drzwiom.
Starzec chciał mu drogę zagrodzić, lecz obcy, wyjmując pistolet, i zwracając go ku niemu lufą, rzekł:
— Ta kula głowę roztrzaska temu, coby chciał dziecię zabrać ojcu! — Poczem