Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


były przeznaczone dla Celestyny. W chwili, gdy mieli wchodzić do domu, jakiś jeździec nadbiegł galopem, pytając o burmistrza. Starzec przedstawił siebie, jeździec zsiadł z konia, przywiązał go do słupa i wbiegł do domu, wołając:
— Ona jest tu! jest tu!
Drzwi się otworzyły i nagle usłyszano żałosny krzyk Celestyny. Starzec pobiegł przerażony. Jeździec, oficer szasserów gwardyi francuskiej, przyozdobiony orderami, porwał dziecię z kołyski; lewem ramieniem je uchwycił, a prawem odpychał Celestynę, która mu chciała je odebrać. W walce, oficer zerwał mimowoli zasłonę młodej kobiety — i ukazał twarz białą jak marmur, nieruchomą, o oczach ognistych, jak płomień. Starzec poznał, że Celestyna nosiła bardzo cienką maskę, przystającą do skóry.
— Straszliwa kobieto — mówił oficer — czy chcesz, abym dzielił twe szaleństwo?
I, mówiąc te słowa, odepchnął Celestynę tak gwałtownie, że runęła na podłogę. Wówczas kobieta błagalnie objęła nogi porywcy i tonem najgłębszej boleści zawołała:
— Pozostaw mi dziecko! Błagam cię