Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Koppelius wybuchnął okropnym śmiechem.
— Ha! ha! to niech je sobie ma wreszcie, ten łobuz, żeby mógł płakać co najwięcej. Ale zato zbadamy przynajmniej mechanizm rąk i nóg.
To powiedziawszy, schwycił mnie tak silnie, że mi trzasły wszystkie stawy. Zaczął mi wykręcać ręce i nogi, to tam, to nazad, to w tę stronę, to w drugą, cierpiałem okropnie, alem ani pisnął.
— Nie, to się na nic nie zdało, wprzódy było daleko lepiej; cóż ty na to mówisz, stary?
Tak prawił Koppelius. Co do mnie, uczułem wokoło gęste ciemności, przebiegł mnie dreszcz i wkrótce nie wiedziałem już o niczem.
Kiedym się ocknął, matka stała przy mnie.
— Czy człowiek z piasku jest tu jeszcze? — szepnąłem.
— Nie, moje dziecko, poszedł już dawno, już ci nie zrobi nic złego.
Mówiąc to, uściskała mnie czule, ze łzami w oczach.
Koniec końcem, oto co się pokazało w następstwie. Z przestrachu, dostałem