Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mniemałem, ukaranym surowo, żadnym sposobem nie byłem w stanie głowy cofnąć nazad.
Mój ojciec przyjął przybysza nader uroczyście.
— No! do roboty, — zawołał tenże głosem chrypiącym, zdejmując suknię.
Ojciec, nie odpowiedziawszy słowa, zdjął także szlafrok i oba wdzieli na siebie długie szaty czarne. Skąd je wzięli? nie mogłem dociec. Za chwilę otworzyły się w ścianie drzwi od szafy, to jest sądziłem dotąd, że istotnie były drzwiami od szafy; ale znagła pokazało się, że stanowiły wejście do ciemnej jakiejś alkowy, wyglądającej jak czarna pieczara, na której środku ustawiony był piecyk. Zbliżył się do niego Koppelius i niebawem rozniecił płomień błękitnawy. Stało tam Bóg wie ile przyrządów po wszystkich kątach. Boże miłosierny, jakże mój ojciec wyglądał pośród tego wszystkiego. Jakiś straszliwy, konwulsyjny niepokój zdawał się tak dziwnie wykrzywiać jego rysy zwykle słodkie i szlachetne, że wyglądało jakby miał na twarzy złośliwą maskę kusiciela szatana. Stał się nawet podobny do Koppeliusa. Ten ostatni tymczasem krzą-