Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


robakami. W jego obecności, nie śmieliśmy nieledwie oddychać, przeklinając w duszy obrzydliwca, śmiertelnego naszego wroga, który się uwziął zatruwać nam wszelkie przyjemności życia. Matka zdawała się równie go nienawidzieć. Ile razy się pojawił, traciła wesołość, stawała się zamyśloną, posępną. Co do ojca, to ten wyraźnie uważał w nim jakąś wyższą istotę; skwapliwie uprzedzał wszystkie jego chęci, zdawał się nieledwie czytać w jego oczach. Niech tylko wspomniał przypadkiem o jakiej ulubionej potrawie, zaraz mu ją sporządzano; najrzadsze wina, najzbytkowniejsze łakocie, wszystko było na jego usługi.
Widząc w tej chwili owego Koppeliusa, uczułem straszliwe światło w duszy. Tak jest, on tylko jeden mógł być tym człowiekiem z piasku. Tylko, że nie było to już więcej straszydło z bajki, wydzierające dzieciom oczy, dla zjedzenia ich na księżycu. Nie, tą razą, to jest okropne, niezmyślone widmo, wszędzie noszące ze sobą grozę, nieszczęście i zagubę doczesną i wieczną.
Byłem, jak przykuty do miejsca. Jakbądź mogłem być dostrzeżonym i jak