Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tna panienko, o kim ja mówię? O kim-że, jeżeli nie o pani? Czyliż nie jesteś moją tkliwą, czcigodną narzeczoną? Twój szanowny ojciec czyż mi nie obiecał tej pięknej rączki, tak białej i tak miłej do całowania?
— Panie sekretarzu — odparła rozdraźniona Albertyna, — albo już pan pił w szynkowni, którą zbyt często odwiedzasz, o ile mam wierzyć ojcu, albo też jesteś ofiarą szczególnego obłędu. Nie podobna, by mój ojciec pomyślał nawet o tem, by ci ofiarować mą rękę.
— Droga panno Albertyno, — odparł sekretarz — pomyśl sobie: znasz mnie od dawna, czyż nie byłem zawsze człowiekiem trzeźwym i rozważnym i czy mógłbym naraz oddać się pijaństwu i szaleństwu? Droga panno, zamknę oczy, zamilczę o tem co widziałem, zapomnę o wszystkiem; ale pomyśl, że mi dałaś swe przyzwolenie dziś o północy w starym Ratuszu i chociaż tańczyłaś walca tej nocy z tym młodym człowiekiem, to jednak...
— Ależ panie — zawołała Albertyna — pan bredzi jak człowiek, który uciekł z do-