Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


będę oszczędzał, jeśliby miał w ubliżający sposób ze mną postępować.
Weszliśmy do pokoju; baron drzwi za sobą zamknął. Teraz zaczął żywo się przechadzać, założywszy ręce. Potem stanął przede mną i znów powtórzył:
— Chciałem z tobą pomówić, młodzieńcze!
Jakaś szalona śmiałość wstąpiła we mnie, odpowiedziałem więc wyniosłym tonem:
— Spodziewam się, że to będą słowa, których bez obrazy słuchać mogę.
Baron spojrzał na mnie zdziwiony, jakby mnie nie rozumiał. Ponury wzrok wlepił w ziemię, a założywszy z tyłu ręce, znów zaczął przechadzać się po pokoju.
Wziął strzelbę, podniósł i włożył w nią stempel, jakby się chciał przekonać, czy jest nabita. Krew mi w żyłach zakipiała, ścisnąłem nóż i zbliżyłem się tuż do barona, aby mu przeszkodzić, jeśliby chciał do mnie mierzyć.
— Śliczna broń, — rzekł baron, stawiając fuzyę w kącie.
Odstąpiłem parę kroków, baron poszedł za mną, a trącając mnie w ramię silniej, niż to jest zwyczajem, rzekł: