Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ki. Gram nawet trochę na harfie, bez której teraz w K. muszę się obywać, gdyż mąż mój nie chciał, abym brała z sobą instrument, którego łagodne tony dziwnieby brzmiały wśród dzikiej wrzawy i nieustannego odgłosu rogów myśliwskich, jakie tu tylko słyszeć można. Ach mój Boże, jakżebym rada posłuchać muzyki.
Zapewniłem ją, że wszelkich dołożę starań, aby to jej życzenie spełnić się mogło, gdyż bezwątpienia znajduje się w zamku jaki, choćby stary fortepian. Na te słowa głośno roześmiała się panna Adelajda (tak się nazywała towarzyszka baronowej), i zapytała mnie, czy nie wiem o tem, że od niepamiętnych czasów, w zamku tutejszym, rozlegają się tylko wrzaskliwe trąby, płaczące na znak radości rogi myśliwskie, skrzeczące skrzypce, rozstrojone basy i beczące oboje przechodnich muzykantów. Baronowa przecież nie odstępowała od swego życzenia, chciała posłuchać muzyki, a i mnie przytem, dlatego wraz z Adelajdą gubiły się w pomysłach, skądby jaki fortepian wydobyć. W tej właśnie chwili stary Franciszek kroczył poważnie przez salę.
— Oto człowiek, jakiego nam potrzeba: