Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Spełnienia życzeń, młody paniczu! — rzekł teraz Franciszek do mnie z grzecznym ukłonem, w chwili gdym kichnął. Poczem dodał: — Te kamienie i tynki pochodzą z muru, który tu runął podczas wielkiego rozwalenia się domu.
— Czy mieliście tu trzęsienie ziemi? — zawołał stryj gwałtownie.
— Nie, panie sędzio, — odparł z uśmiechniętą twarzą Franciszek — ale trzy dni temu, ciężkie sklepienie sali audyencyalnej runęło z wielkim hałasem.
— Co za piekło! Stryj, człowiek prędki i gwałtowny z natury, już chciał zakląć potężnie, ale podnosząc prawą rękę do góry a lewą zdejmując z głowy swą czapkę z lisiego futra, zatrzymał się — i zwrócił się do mnie z żywym wybuchem śmiechu:
— Prawdziwie, mój bratanku, nie należy o nic pytać, gdyż dowiemy się jeszcze, że cały zamek zapadł się pod ziemię.
— A czemuż — dodał, zwracając się do Franciszka — nie przyszło wam do głowy, oczyścić i ogrzać inny pokój? Czyż nie mogliście przygotować na prędce sali audyencyalnej w głównym budynku?
— Tak właśnie zrobiliśmy — rzekł stary