Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czonych w pobliżu sali sądowej, naprzeciw mieszkania dwóch starych panien.
Po szybkiej, choć uciążliwej podróży, ciemną nocą przybyliśmy do Her... Przejeżdżamy wieś. Była niedziela. Dom zarządzającego jaśniał oświetlony od góry do dołu; słychać było odgłos walca, dźwięki wesołych pieśni — a ten widok i te śpiewy sprawiły, że jeszcze smutniejszy i pustszy wydawał się nam budynek, w którym mieliśmy się zatrzymać.
Wiatr morski jęczał ponuro i głucho — a smutne sosny, zbudzone ze swej drzemki, odpowiadały mu żałosną skargą. Ponad otchłanią śniegu — unosiły się nagie, czarne ściany zamku. Wrota były zamknięte. Krzyk, trzaskanie z bicza, uderzenia młotka — nic nam nie mogło tych drzwi otworzyć; żadnego światła byś nie dojrzał; możnaby rzec, że wszystko zamarło.
Stary mój stryj krzyknął głosem surowym i groźnym:
— Franciszku, Franciszku! gdzież ty jesteś? Do stu dyabłów, rusz-że się. Marzniemy tu na dworze. Śnieg nam twarz ścina. Do pioruna! Czy przychodzisz?