Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miasta przybywali jednocześnie — i zamek ledwie, że mógł pomieścić przybyłych gości. We wszystkich piecach i kominach ogień płonął od rana do wieczora; kucharze pracowali bez wytchnienia; wesoła gromada panów i służby krążyła po schodach; tu słychać było brzęk szklanic, śpiewy myśliwskie, tam melodye taneczne, wszędzie hałaśliwe śmiechy i krzyki radości. W ciągu pięciu lub sześciu tygodni zamek stawał się raczej wspaniałą gospodą, leżącą nad ludnym gościńcem — niźli pańską rezydencyą.
Baron Roderyk poświęcał, ile możności, te parę tygodni sprawom poważnym. Usunąwszy się od wrzawy swych gości, wypełniał obowiązki pana majoratu. Nie tylko kazał sobie zdawać ścisły rachunek ze swych dochodów, ale badał jeszcze każdy projekt udoskonaleń gospodarczych, słuchał najdrobniejszych skarg swoich poddanych — i starał się wszystko uporządkować, wyrównać wszelką krzywdę i niesprawiedliwość. Uczciwie mu w tych wysiłkach pomagał stary adwokat V..., jak niegdyś jego ojciec, plenipotent interesów domu Her..., justycyarusz dóbr, jakie rodzina miała w tej pro-