Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mnie dwa kolosy w śmiertelnych pancerzach: Ton główny i Kwinta. Porwały mnie, ale Oko się uśmiechało: wiem, co przepełnia tęsknotą twe piersi; łagodny, słodki młodzian, Tercya, pod kolosami wyjdzie ku tobie; usłyszysz jego słodki głos, ujrzysz mię znowu, a moje melodye będą twojemi.
Zatrzymał się.
— I znów widziałeś to Oko?
— Widziałem, widziałem znowu! — Długie lata wzdychałem w krainie marzeń — tam — tam! Przebywałem w czarownej dolinie, i przysłuchiwałem się, jak śpiewały między sobą kwiaty. Tylko słonecznik milczał i chylił zamknięty kielich ku ziemi. Niewidzialne węzły ciągnęły mię ku niemu — podniósł głowę — kielich rozwarł — i z niego błysło mi Oko. Teraz, niby promienie, potoczyły się tony z głowy mej ku kwiatom, które chciwie je sączyły. Coraz większe stawały się liście słonecznika — promienie tryskały z jego wnętrza — otoczyły mnie dokoła — Oko, a z niem i ja — zniknęliśmy w kielichu.
Przy ostatnich słowach podskoczył i szybkim, młodzieńczym krokiem pośpiesznie wybiegł z pokoju. Napróżno czeka-