Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przy ostatnich słowach podskoczył, wzrok podniósł do góry, rękę ku niebu wytężył. Poczem siadł znowu i szybko wypróżnił ofiarowaną sobie szklankę. Nastała cisza, której nie śmiałem przerwać, aby nie wytrącić z linii tego niezwykłego człowieka. W końcu spokojniej zaczął mówić dalej.
— Kiedy byłem w królestwie Marzenia, dręczyły mię tysiączne bole i trwogi. Była noc i przerażały mię szczerzące zęby larwy potworów, które waliły się na mnie i już to mię strącały w otchłań morza, już to unosiły wysoko w powietrze. Oto szły promienie światła po przez noc, a te promienie były to dźwięki, które mię ośpiewywały miłą jasnością. Przebudziłem się z bólu i ujrzałem wielkie, jasne Oko, które spoglądało w organy — a pod jego spojrzeniem z organów wydobywały się tony i migały i obejmowały się w uroczystych akordach, jakich nigdy nie przeczuwałem. Melodye lały się strumieniem w górę i na dół, a ja płynąłem w tym strumieniu i o mało co nie utonąłem; wówczas spojrzało na mnie Oko i utrzymało mnie na powierzchni, nad spienionemi falami. — Znowu nastała noc — i oto wyszły ku