Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chuda postać nieznajomego obwinięta była szerokim nowoczesnym płaszczem. Gdy wzrok mój utkwiłem w jego osobie, opuścił twarz i dalej spełniał swoją robotę, którą mu zapewne przerwał mój okrzyk. Mianowicie z wyraźną przyjemnością z różnych małych tutek przesypywał tabakę do wielkiej tabakiery i zwilżał ją czerwonem winem z ćwierci flaszki.
Muzyka zamilkła; czułem konieczność przemówienia do niego.
— Dobrze, że już muzyka grać przestała, — rzekłem; — nie można było wytrzymać.
Stary rzucił na mnie szybkie spojrzenie i przesypał ostatnią tutkę.
— Byłoby lepiej, gdyby tu wcale nie grano — powiedziałem raz jeszcze. Czy nie jest pan tego mniemania?
— Nie mam żadnego mniemania — rzekł. — Pan jest muzyk i zna swoją sztukę...
— Myli się pan; nie jestem ani tem ani owem. Uczyłem się niegdyś gry na fortepianie i jenerałbasie, jako rzeczy, należącej do dobrego wychowania, a ponieważ między innemi mówiono mi, że nic tak złego nie daje efektu, jak kiedy bas z głosem