Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ach, co za straszna muzyka! Co za wstrętne oktawy!
Około siebie słyszę szept:
— Przeklęty los! znów jakiś pogromca oktaw!
Spoglądam i dopiero teraz widzę, że, niedostrzeżony przezemnie, przy tym samym stole zajął miejsce człowiek, który nieruchomym wzrokiem patrzy na mnie, i od którego oko moje teraz już się oderwać nie może.
Nigdy nie widziałem głowy, nigdy nie widziałem postaci, co by tak nagle uczyniła na mnie tak głębokie wrażenie. Łagodnie zgięty nos opierał się o szerokie, otwarte czoło, z wyraźnemi wypukłościami nad krzaczastą, półsiwą brwią; oczy jego błyszczały prawie dzikim, młodzieńczym ogniem (człowiek mógł mieć ponad pięćdziesiąt lat). Mięko sformowana broda była w osobliwem przeciwieństwie z zamkniętemi usty, a przelotny uśmiech, wywołany szczególną grą mięśni w zapadłych policzkach, zdawał się buntować przeciw głębokiej, melancholicznej powadze, spoczywającej na czole. Kilka jedynie siwych loków leżało z tyłu wielkich, odstających od głowy uszu. Wysoka