Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w oczach rzekł rozrzewnionym głosem:
— Kuzynku, kuzynku, nawet ona... ta piękna kobieta, nie mogła uniknąć wpływu siły nieczystej, która się rozgościła tam, na zamku...
W dwa dni po naszym wyjeździe z K. ułożył baron na zakończenie zabaw przejażdżkę sankami. Sam powoził, jadąc ze swą małżonką. Nagle, przy skręcie z doliny, w niepojęty sposób przestraszone konie, zerwały się i jak szalone poniosły, parskając nozdrzami.
— Stary... stary jest tuż za nami! — zawołała baronowa rozpaczliwym głosem. W tej samej chwili silnie uderzone sanie wyrzuciły ją daleko... znaleziono ją martwą... ona tam spoczywa! Baron został niepocieszony; jego spokój jest spokojem umierającego. Już nigdy kuzynku nie wrócimy do K.


∗             ∗

Umilkł dziadek. Wkrótce potem rozłączyłem się z nim z zakrwawionem sercem, i tylko czas wszystko uspokający mógł przynieść ulgę głębokiej boleści, której sądziłem, że nie przeżyję.