Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Minęły lata. V. oddawna w grobie spoczywa. Ja musiałem opuścić ojczyznę. Burza wojenna, która szalała nad całemi Niemcami, zapędziła mnie daleko na północ, do Petersburga. W powrocie stamtąd, w czasie ciemnej nocy letniej, jadąc wzdłuż zatoki morza Baltyckiego, niedaleko od K., postrzegłem na niebie wielką gwiazdę błyszczącą. Zbliżając się coraz więcej, poznałem po czerwonych płomykach, że to co uważałem za gwiazdę, jest bardzo silnym ogniem, ale pojąć tego nie mogłem, jakim sposobem mógł się on wznieść tak wysoko w powietrze.
— Przyjacielu, co to za ogień tam, przed nami? — zapytałem pocztyliona.
— E, to nie ogień, — odrzekł tenże, to latarnia morska w K.
Zaledwie pocztylion wymienił to nazwisko, gdy w żywem świetle stanął przed oczyma mej duszy obraz owych fatalnych dni, które tam przeżyłem. I ujrzałem barona, Serafinę... stare dziwaczne ciotki, ujrzałem siebie samego z mleczno-białą twarzą, pięknie ufryzowanego, upudrowanego, w błękitne suknie wystrojonego, a przytem zakochanego... Wśród posępnych myśli, które mnie ogarnęły, iskrzy-