Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


postąpić. Tymczasem o północy, powstała wielka wrzawa na podwórzu. V. wyraźnie usłyszał wypadające okno; pośpieszył na dól, i gdy szedł przez korytarz, otoczył go dym, który jak zaraz spostrzegł, wychodził z pokoju marszałka. Wynoszono właśnie Daniela napół martwego, aby go w drugim pokoju w łóżko położyć. Było około północy, tak powiadali służący, gdy jakiś głuchy łoskot w pokoju marszałka zbudził parobka, który sądząc, iż staremu się coś przytrafiło, wstawał właśnie, aby iść na ratunek, gdy naraz usłyszał stróża nocnego wołającego na podwórzu: - Ogień! ogień! w stancyi pana marszałka, pali się jasnym płomieniem! Na te krzyki zerwali się wszyscy służący, ale wszelkie ich usiłowania, aby drzwi od pokoju otworzyć, były daremne. Wybiegli na podwórze, ale przytomnego umysłu stróż wskoczył już do pokoju przez okno, niezbyt wysoko wznoszące się od ziemi, i ściągnął palące się firanki, a parę konewek wylanej wody, cały pożar ugasiło. Marszałka znaleziono leżącego na środku pokoju w głębokiem omdleniu. Trzymał jeszcze w ręku lichtarz, z którego świeca zapaliła firanki