Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wpierw była nieznośna zima, tak teraz z początkiem lipca nastały mżące gorąca. Dziadek odzyskiwał siły widocznie i tak już czuł się dobrze, iż przeniósł się ze mną do zamiejskiego ogrodu, jak to dawniej zwykł był czynić. Pewnego pogodnego i ciepłego wieczoru, siedzieliśmy w wonnej jaśminowej altanie. Dziadek był nadzwyczajnie wesoły, tylko nie występował jak dawniej z docinającą ironią, ale był łagodny, prawie rzewny.
— Nie wierzysz kuzynku, — rzekł do mnie, jak mi dziś błogo. Od wielu lat nie czułem się tak zdrów, jak w tej chwili. Jakieś elektryczne ciepło całego mnie przenika; byłożby to zapowiedzią rychłej śmierci?
Usiłowałem rozpędzić te smutne myśli.
— Dobrze, dobrze — mówił znów dziadek — długo ja przecież na tej ziemi nie zabawię, i dlatego winienem ci, kuzynku, jeden dług spłacić. Czy pamiętasz tę jesień, kiedyśmy w K... bawili?
Jak błyskawica olśniło mię to zapytanie dziadka, i nim zdobyłem się na odpowiedź, on już mówił dalej:
— Bogu widać się tak podobało, abyś tam wystąpił w szczególniejszy sposób,