Strona:E. Korotyńska - Karusia.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


proszyły cienie, stłumił strach w tym dziewczęcym serduszku.
Wzniosła Karusia błękitne swoje oczęta ku górze i dziękowała Bogu.
Szła i szła teraz bez odpocznienia, chociaż sen ją ogarniał i z chęcią ułożyłaby się na mchach leśnych.
Ale miłość dla braciszka przemogła znużenie, nie położyła się do snu, nie odpoczęła ani chwili, wypatrując, czy daleko jeszcze do końca lasu.
Las był długi, wiorsty całe zajmował, ciągnął się i ciągnął i zdawał się nie mieć końca.
Naraz usłyszała jakby szmer jakiś i duży szary wilk stanął przed przerażoną Karusią.
— Boże, ratuj! — szeptały zbielałe wargi dziewczątka. — Ty wszystko możesz!