Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
66
MIARKA ZA MIARKĘ.
(Wchodzi Książę).

Książę. Niech was otoczą, szlachetny profosie,
Najlepsi nocy duchowie. Nikt tutaj
Nie był?
Profos. Nikt nie był od wieczornych dzwonów.
Książę. Ni Izabella?
Profos. Nie.
Książę. Więc przyjdzie zaraz.
Profos. Jaka pociecha dla Klaudya?
Książę. Jest pewna
Nadzieja.
Profos. Srogi ten namiestnik księcia.
Książę. Nie, nie, bo życie jego zawsze zgodne
Z sprawiedliwości jego zasadami;
Z wstrzemięźliwością świętą on przytłumia
W sobie to wszystko, co pragnie swą mocą
Zdusić n innych. Gdyby sam on popadł
W to, co tak karci, to byłby tyrańskim,
Tak zaś jest tylko sprawiedliwym... Idą.

(Ktoś puka do drzwi. Profos wychodzi).

Zacny to profos, a rzadko dla ludzi
Litość w surowych dozorcach się budzi.
Cóż to za hałas? Snać spieszno tej duszy,
Jeśli tak w bramę niecierpliwie tłucze.

(Profos wraca, rozmawiając z osobą po za sceną).

Profos. Niech tam poczeka, aż klucznik nadejdzie,
Który go wpuści; kazałem go wołać.
Książę. Czy co do Klaudya nie ma odwołania?
Czy musi umrzeć rano?
Profos. Nie ma, panie.
Książę. Choć świt się zbliża, to jednak, profosie,
Nim przyjdzie rano, usłyszysz coś więcej.
Profos. Może co wiecie; mnie się jednak zdaje,
Że odwołanie nie przyjdzie; takiego
Nie było jeszcze przykładu. Ponadto
Sam lord Angelo z swego sędziowskiego
Ogłosił krzesła uszom powszechności
Wyrok przeciwny.