Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
186
TROILUS I KRESYDA.

Ulisses. Książę, wzburzony jesteś. Pójdźmy, proszę,
By gniew twój tutaj nie szukał upustu
W gwałtownych słowach. To byłoby groźne:
Noc porą morderstw. Chodźmy, błagam, książę!
Troilus. Nie, nie, zostańmy.
Ulisses. Ależ, mości książę,
Jesteś szaleństwa bliski; chodźmy, chodźmy!
Troilus. Chwileczkę jeszcze!
Ulisses. Nie zawładniesz sobą!
Troilus. Zostańmy! Klnę się na potęgi piekieł,
Że pary z ust nie puszczę!
Dyomedes. Więc dobranoc!
Kresyda. Wszak nie odchodzisz w gniewie?
Troilus. Co ci po tem?
Taka jej wierność!
Ulisses. Książę!
Troilus. O, na Zeusa,
Jestem cierpliwy.
Kresyda. Mój obrońco, Greku!
Dyomedes. Ba, ba! Ty sobie żarty stroisz ze mnie!
Kresyda. Nie, nie! Przekonasz się. Przyjdź innym razem.
Ulisses. Drżysz, mości książę. Czy nie lepiej, pójść stąd,
Byś nie wybuchnął?
Troilus. Głaszcze go po twarzy.
Ulisses. Chodźmy.
Troilus. Zostaniem. Na Zeusa, już milczę.
Cierpliwość stoi na straży pomiędzy
Żalem a gniewem. Jeszcze chwilka jeno.

Tersytes. Jak tych dwoje łechce dyabeł lubieżnością o tłustym brzuchu i palcach kartoflanych! Nierządzie, możesz sobie kipieć do syta.

Dyomedes. Zgadzasz się tedy?
Kresyda. Jeśli nie, nigdy mi już nie wierz wcale!
Dyomedes. Jakiż mi zakład dasz dla upewnienia?
Kresyda. Zakład? Przyniosę zaraz.

(Odchodzi).