Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
106
TROILUS I KRESYDA.

Kresyda. W takim razie najzupełniej zgadzamy się z sobą, ja bowiem twierdzę, że co Troilus, to nie Hektor.
Pandarus. Stanowczo nie! A co Hektor, to nie Troilus — do pewnego stopnia.
Kresyda. Bądźmy więc sprawiedliwi: Każdy z nich jest samym sobą!
Pandarus. Samym sobą? O, ty biedny Troilu! Ja pragnąłbym, aby był  —
Kresyda. Jest przecie...
Pandarus. Z taką odpowiedzią mogę wybrać się na bosaki do Indyi.
Kresyda. Hektorem on przecie nie jest.
Pandarus. Ale sam sobą... Ba, w tem sęk właśnie, że on nie jest sam, to znaczy, ja pragnę, by on sam nie był. Istnieją jeszcze na szczęście bogi. Czas płaci, czas traci. Tak, Troilu! Szczęśliwy byłbym, gdyby ona miała moje serce w swem łonie. — Tego jednak stanowczo nie uznaję, by Hektor był czemś lepszem, niż Troilus.
Kresyda. Wybacz, stryjaszku!
Pandarus. Jest on starszy.
Kresyda. Przepraszam cię, stryjaszku!
Pandarus. Hektor młodszy jest od Troila. Nie dziwiłbym się tobie, gdyby Hektor był w jego wieku. Ale Hektor długo jeszcze czekać musi, nim będzie miał taki rozum, jak Troilus.
Kresyda. Na co mu tego, skoro on ma własny rozum? Pandarus. I jego zalety.
Kresyda. Obejdzie się bez nich.
Pandarus. I jego urodę.
Kresyda. Nie wyszłaby mu na dobre. Własna piękniej go zdobi.
Pandarus. Brak ci dobrego smaku, Kresydo. Helena sama zaklinała się niedawno, że Troilus, jeśli już o brunatnej cerze mowa — brunatny on bowiem bez kwestyi — chociaż znowu nie tak bardzo brunatny —