Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
214
JULIUSZ CEZAR.

Mesala. Nie myśl tak, wodzu.
Kasyusz. Trochę tylko myślę,
Bom zresztą silny na duchu, i gotów
Niebezpieczeństwom śmiało stawić czoło.
Brutus. Tak, Lucyliuszu.
Kasyusz. No, szlachetny bracie,
Niechże nas dzisiaj bogowie wspierają,
Abyśmy mogli w pokoju i zgodzie
Pędzić dni nasze do późnego wieku!
Lecz że los ludzi zawsze jest wątpliwy,
Godzi się przeto być przygotowanym
Na gorsze. Jeśli przegramy tę bitwę,
Ostatnia to już będzie, o, Brutusie
Nasza rozmowa. Powiedz mi więc szczerze,
Co w takim razie postanawiasz czynić?
Brutus. To, co mi każe owa filozofia.
Dla której za złe miałem Katonowi,
Że sam śmierć sobie zadał. Nie wiem czemu,
Ale mi się to wydaje tchórzostwem,
A więc podłością, skracać sobie życie
Z obawy czegoś, co może nastąpić.
Uzbrajam się więc w cierpliwość i czekam
Wyroku owych niezbadanych potęg,
Które tu nami rządzą.
Kasyusz. Jeżeli zatem przegramy tę bitwę,
Pozwolisz na to, aby cię w tryumfie
Przeprowadzano po ulicach Rzymu?
Brutus. O! nie, Kasyuszu. Zacny Rzymianinie,
Nie myśl, ażeby Brutus kiedykolwiek
Miał iść w kajdanach do Rzymu: duch jego
Tak się nie zniży. W każdym jednak razie
Dzień ten zakończyć musi to, co zaczął
Marcowy Idus. Czy się zobaczymy,
Nie wiem, dlatego na wszelki przypadek,
Odbierz ostatnie moje pożegnanie:
Na wieczne czasy żegnam cię, Kasyuszu!
Jeśli nam jeszcze przyjdzie się zobaczyć,
Zamienim uśmiech, jeżeli przeciwnie,
Bracie mój, w poręśmy się pożegnali.