Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
141
AKT PIERWSZY. SCENA DRUGA.

Cezar. Cóżeś to wasze mi powiedział? powtórz.
Wieszczek. Strzeż się dnia Idus w marcu.
Cezar. To marzyciel.
Nie zatrzymujmy się. Naprzód, panowie.

(Odgłos trąb. Wszyscy wychodzą, prócz Brutusa i Kasyusza).

Kasyusz. Czy i ty pójdziesz przyjrzeć się gonitwie?
Brutus. Ja, nie.
Kasyusz. Proszę cię, pójdź.
Brutus. Nie mam humoru do zabaw; nie jestem
W usposobieniu takiem jak Antoniusz.
Nie zatrzymuję cię jednak, Kasyuszu;
Idź, jeśli masz chęć.
Kasyusz. Brutusie, już ja od pewnego czasu
Uważam ciebie: nie widzę w twych oczach
Owej życzliwej dobroci, do której
Zdawna przywykłem; zimno, obojętnie
Podajesz teraz dłoń przyjacielowi,
Który cię szczerze miłuje.
Brutus. Kasyuszu!
Nie wiń mnie; jeślim wzrok pokrywał chmurą,.
To nie dla czego innego, jak tylko
Dla utajenia wnętrznych niepokojów.
Miotany jestem od pewnego czasu
Rozmaitemi troskami, myślami,
Mojej jedynie głowie właściwemi,
Które rzucają może cień na moje
Postępowanie. Ale niech się na to
Nie żalą moi dobrzy przyjaciele.
(Do których rzędu pozwól mi i ciebie
Liczyć Kasyuszu); niech obojętności
Mojej za powód to jedynie dają,
Że biedny Brutus sam z sobą w niezgodzie,
Czule na drugich patrzeć zapomina.
Kasyusz. Skoro tak, błędniem więc sobie, Brutusie,
Tłómaczył stan twej duszy, i dla tego
Pierś ta przed tobą ukrywała dotąd
Ważne, wielkiego znaczenia pomysły.
Powiedz mi, proszę Brutusie, czy możesz
Ujrzeć twarz własną.