Strona:Dzieła Krasickiego dziesięć tomów w jednym (Polona).djvu/59

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    W tem świętem dziele, wrzask je nagły zastał,
    Wrzask popędliwy, okropny i srogi:
    Po wdzięcznej chwili, czas ponury nastał,
    Piękny Hyacynt pełen trosk i trwogi,
    Słysząc, że odgłos coraz bardziej wzrastał,
    Porzuca wszystko, bierze się do drogi.
    Darmo dewotka i płacze i prosi,
    Darmo brat Czesław butelkę przynosi.

    Trzykroć się ku drzwiom alkierza potoczył,
    Trzykroć go miła ręka zatrzymała:
    Wyrwał się wreszcie, i przez próg przeskoczył,
    Padła dewotka i z żalu omdlała.
    (Brat Czesław flaszkę do kaptura wtroczył:)
    I gdy się wzrusza okolica cała,
    Przez mostki, kładki, bruki i rynsztoki.
    Pędził, gdzie górne niosły go wyroki.




    PIEŚŃ V.


    Bitwa: ojciec Gaudenty najwięcej dokazuje. Proboszcz, Wicesgerent i Doktor, radzą o sposobach zakończenia boju. Ten wreszcie najskuteczniejszy sądzą, aby przynieść vitrum glorio um.


    I śmiech niekiedy może być nauką,
    Kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa;
    I żart dowcipną przyprawiony sztuką
    Zbawienny, kiedy szczypie, a nie kąsa.
    I krytyk zda się, kiedy nie z przynuką,
    Bez żółci łaje, przystojnie się dąsa.
    Szanujmy mądrych przykładnych, chwalebnych,
    Śmiejmy się z głupich, choć i przewielebnych.

    Wpada Hyacynt, nowa postać rzeczy!
    Miejsce dysputy zastał placem wojny;
    Jeden drugiego rani i kaleczy,
    Dostał po uchu nasz rycerz spokojny:
    Widzi, że skromność już nie ubezpieczy;
    Więc dzielny w męztwo, w oddawaniu hojny,
    Jak się zawinął i z boku i z góry,
    Za jednym razem urwał dwa kaptury.

    Lecą sandały, i trepki i pasy,
    Wrzawa powszechna przeraża i głuszy.
    Zdrętwiał Hyacynt na takie hałasy,
    Chciałby uniknąć bitwy z całej duszy:
    A przeklinając nieszczęśliwe czasy,
    Resztę kaptura nasadził na uszy.
    Już się wymykał... w tem kuflem od wina
    Legł z sławnej ręki ojca Zefirina.

    Ryknął Gaudenty, jak lew rozjuszony,
    Gdy Hyacynta na ziemi zobaczył:
    Nową więc złością znagła zapalony,
    Żadnemu z ojców, braci, nie przebaczył:
    Padł i mecenas z krzesłem przewrócony;
    Definitora za kaptur zahaczył.
    Łukasz raniony, zwinął się w trzy kłęby,
    Stracił Kleofas ostatnie dwa zęby.

    Coraz się mnożą i krzyki i wrzaski,
    Hałas zmięszany powstaje, aż zgroza!
    Ojciec Remigi, sążnisty, a płaski,
    Używa żwawo zgrzebnego powroza;
    Wziął w łeb Kapistran obręczem od faski,
    Dydak półgarcem ranił Symforoza;
    Skacze Regalat do oczów, jak zmija,
    Longin się z rożnem walecznie uwija.

    Już był wyciskał talerze i szklanki:
    Pękły i kufle na łbach hartowanych;
    Porwał natychmiast xiążkę z za firanki,
    Wojsko affektów zarekrutowanych.
    Nią się zakłada, pędzi poza szranki
    Rycerzów długą bitwą zmordowanych,
    Tak niegdyś sławny mocarz Palestyny,
    Oślą paszczęką gromił Filistyny.

    Widzi to Rajmund, ozdoba Karmelu,
    Widzi w tryumfie syna Dominika;
    Wyjeżdża na harc, i wpada wśród wielu,
    Godnego siebie szuka przeciwnika.
    Rafał z nim obok: «Ratuj przyjacielu!»
    Rzekł, seraficzna w tym punkcie kronika
    Padła nań z góry; legł i ręką kiwnął,
    Dwa razy jęknął, cztery razy ziéwnął.

    Zapłakał Rafał: a mądry po szkodzie,
    Wtenczas błąd poznał, że wróżkom nie wierzył:
    Dotrzymał jednak kroku na odwodzie,
    A gdy Gaudenty na niego się mierzył;
    Z mokrem kropidłem w poświęconej wodzie,
    Oczy mu zalał, trzonkiem w łeb uderzył.
    Nie spodziewając się takowej wanny,
    Stanął Gaudenty zmoczony i ranny.

    Otrząsł się wkrótce; a nabrawszy duchu,
    W dwójnasób czyny heroiczne mnożył.
    Ojcze Barnabo! lepiej było w puchu.
    Pocoś wszedł w wojnę, pocoś się tak srożył?
    I ty Pafnucy, ległeś w tym rozruchu,
    I ty Gerwazy, słusznieś się zatrwożył.
    Nikt go nie wstrzyma w zemście przedsięwziętéj,
    Na waszą zgubę odetchnął Gaudenty.

    Tak, gdy z wierzchołka Alpów niebotycznych
    Mały się strumyk sącząc wydobędzie;
    Wzmaga się coraz w spadaniach rozlicznych,
    Już brzeg podrywa, już go słychać wszędzie:
    Echo szum mnoży w skałach okolicznych,
    Staje się rzeką; a w gwałtownym pędzie
    Pieni się, huczy, i zżyma w bałwany;
    Tym sroższy w biegu, im dłużej wstrzymany.

    Wojna powszechna. Jak zabieżeć złemu,
    W kącie z proboszczem wicesgerent radzą;
    A chcąc usłużyć dobru powszechnemu,
    Doktora tamże do siebie prowadzą:
    Każdy z nich daje zdanie po swojemu.
    Prałat, gdy postrzegł, że się w domu wadzą,
    Biorąc w głąb rzeczy, przez swój wielki rozum,
    Rozkazał przynieść vitrum gloriosum.