Strona:Dar tęczowy.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 8 —

mował dla czego, opowiadać o zaszłym wypadku na górze.
— Tak, moje dziecko, — rzekł ojciec — można płakać z radości, ale ten rodzaj łez ma w sobie coś świętego i nie pasuje do twego wieku. Co innego łzy z bólu, te znasz dobrze, wszak prawda?
— O, tak, — odpowiedział niepewnym głosem Zbyszek, — znam je dobrze.
W tej chwili, gdy to mówiono, weszła służąca, niosąc dużą i długą klatkę przykrytą dużą chustką.
— Przysłał to państwu pan Falski, — rzekła dziewczyna i postawiwszy na stole, odeszła.
— Ach! — wykrzyknął ojciec, — przysłał mi słowika, którego posiadać pragnąłem oddawna!
I odkrył kłatkę, w której oczom wszystkich ukazał się szlachetny, szaro bury ptaszek, król śpiewaków leśnych, artysta nieporównany.
Zbyszek spojrzał w jego mądre ciemne oczęta i ścisnęło mu się serduszko.