Strona:Dante Alighieri - Boska komedja (tłum. Porębowicz).djvu/562

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


13 
Jako przez lazur cichy i przejrzysty

Ciągnąc za sobą zadumane oczy
Nagle przebieży lotem smug ognisty,

16 
I zda się gwiazdą która z drogi zboczy,

Tylko że tamta, w miarę jak się zniża
Gaśnie, a ta trwa, ani się nie mroczy,

19 
Tak porzuciwszy prawe ramię krzyża,

Od konstellacji gdzie mieszka, jak strzała
Do stóp krzyżowych zbiegła iskra chyża.

22 
Ni się od wstęgi perła odrywała:

Z bieli jarzącej swój ognik wyłoni
I jak za płytą alabastru pała.

25 
Potem się ku mnie jak Anchiz[1] przykłoni

Wedle powieści poety, tą chwilą,
Gdy syna ujrzał na Elizjum błoni.

28 
»O ty krwi moja, obsypana tylą

Łask bożych, komuż tak szczęśnie jak tobie
Po dwakroć wrota niebios się odchylą?«[2]

31 
Tak rzekła światłość. Więc w jasnej osobie

Wzrok utkwię i znów pani mojej lice
Podziwiam; dwojgiem kras swój zachwyt zdobię.

34 
Takim uśmiechem grały jej źrenice,

Żem się swojemi zdał zapadać do dna
Po łask i rajów ostatnie granice.

37 
W słuchaniu słodka, w widzeniu pogodna

Postać zaczęła mówić dziwne rzeczy:
Ich sensu moja myśl była niewłodna

40 
Nie przeto, by duch tajność miał na pieczy,

Ale że nabył przez swe wniebowzięcie
Znamion szczytniejszych nad umysł człowieczy.


  1. Anchizes, ojciec Eneasza. Patrz Virg. Aen. VI. 684 i nast.
  2. W. 28—30. Mówiącym jest Cacciaguida, pradziad poety. — po dwakroć: teraz i po śmierci. Poeta niejednokrotnie wyraża pewność, że będzie zbawiony; por. Cz. II. 91; R. X, 87.