I oto jestem wedle rozkazania;
Wydarłem ciebie bestji, co na cudną
Górę najprostszej ścieżyny zabrania.
Więc cóż? Przecz stopę zatrzymujesz żmudną,
Dlaczego strachem serce twoje chorze,
Czemu odwaga i zapały chłódną,
Skoro już jesteś na niebieskim dworze
Tak bardzo luby trzem błogosławionym
I gdy ja tobie tyle szczęścia wróżę?«
Jak kwiatki nocnym powarzone szronem
Stulone gną się, aż gdy je odbieli
Słońce, wraz czołem się wznoszą i łonem,
Podobnie we mnie otucha wystrzeli
A serce taka umocni odwaga,
Że wołam jako człek, co się ośmieli:
»O przelitośna ta, co mię wspomaga!
I ty litośny, że długiej namowy
Nie używała do cię jej powaga.
Ty swojem przyjściem i swojemi słowy
Takie w mem sercu wzbudziłeś pragnienie,
Żem znowu silny, żem znowu gotowy.
Pójdźmyż, niech dwojga jedno będzie chcenie;
Ty Mistrzem moim, ty Wodzem, ty Panem«.
Zmilkłem, on ruszył; na jego skinienie
Poszedłem krajem stromym i nieznanym.