Strona:Dante Alighieri - Boska komedja (tłum. Porębowicz).djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


19 
Lecz co więzienne zataiły głazy,

Okropne skonu mojego momenty
Opowiem; ty sądź, czym doznał obrazy!

22 
Przez wązki otwór w klatce tej wycięty,

Co po mnie zwie się: głodowa ciemnica,
Gdzie będzie jeszcze niejeden zamknięty,

25 
Liczne-m już widział odmiany księżyca,

Gdy raz mi nocą sen był ukazany,
W którym przyszłości prysła tajemnica.

28 
Śniło mi się więc, że ten pan nad pany

Polował wilka i młode wilczęta
W górach, co kryją Lukę przed Pizany.

31 
Galand, Sismondi, Lafranchi, panięta

Pizańskie, biegli na orszaku czele,
Z nimi suk sfora chuda i zawzięta.

34 
Lecz pomęczeni nie ubiegli wiele

Ojciec i dziatwa; wnet na nich obławy
Spadły, kły ostre topiąc w wilczem ciele.

37 
Zbudzon przed świtem do bolesnej jawy

Słyszę, a przez sen dzieci me, niewoli
Mej towarzysze łkają, prosząc strawy.

40 
Srogi, gdy się mej nie zlitujesz doli

Czując, co nocna wróżyła mi zmora;
Gdy tu nie płaczesz, kiedyż cię zaboli?...

43 
Już się ocknęli; nadchodziła pora,

Gdy zwykle jadło podawały straże;
Od snów nam wszystkim dusza była chora.

46 
Szczęk z dołu straszną prawdę mi ukaże:

Drzwi zagwożdżono! zamknięto nas w grobie!
Tedy spojrzałem niemy w synów twarze.