Strona:D. M. Mereżkowski - Dekabryści.djvu/236

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Coś podobnego do bladego uśmiechu przemknęło po wargach Rylejewa.
    — A co! — podchwycił cesarz i także się uśmiechnął. — Mów! Nie bój się. Sam widzisz, że prawdy ze mną bać się nie trzeba.
    — Wyście bardzo rozumny, najjaśniejszy panie.
    — No tak! A wyście mnie mieli za głupca i to druga omyłka. Głupcem nie jestem i rozumiem bardzo dobrze, że z Rosyą źle się dzieje. Ja, pierwszy obywatel kraju, niczego bardziej nie pragnę, jak by ojczyzna moja wolną była i szczęśliwą. A czy wiesz, że ja, jako wielki książę, liberałem byłem, lecz taiłem umyślnie moje uczucia. »Wlazłszy między wrony«, znasz przysłowie, więc i ja krakałem z Arakczajewem, im głośniej, tem lepiej, a skrycie wam pomagałem. No, powiedz teraz, czego wyście chcieli? Konstytucyi? Republiki? »Kłamie w każdem słowie, lub sen to chyba, zmora, zjawa — myślał Rylejew z lękiem, lecz od lęku mocniejszą była namiętna ciekawość. — »A gdyby tak spróbować, nie uwierzyć, lecz udać, że wierzę«.
    — Czegóż tak milczysz? Czy boisz się?
    — Nie, nie boję się; ja chciałem republiki — odpowiedział Rylejew.
    — No, chwała Bogu, przynajmniej rozumny jesteś człowiek — odparł Mikołaj, ściskając mu znów rękę. — Bo widzisz, co do mnie, ja rozumiem absolutną monarchię, rozumiem republikę, lecz nie rozumiem konstytucyi. To forma rządu kłamliwa, przebiegła, rozwiązła, i ja cofnąłbym się raczej po granicę państwa, niżbym się na nią zgodził. Widzisz, jakim ja z tobą szczery, płaćże i mnie tem samem.