Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Tak, gdyby Francja była wtedy mogła zawrzeć ostateczny pokój, byłaby posiadała taką wielkość, jak żadne inne państwo od czasów Rzymian. Tak przynajmniej mówili niektórzy mądrzy ludzie.
Co do mnie, miałem wtedy głowę zapchaną innemi rzeczami. Ludność żeńska była zachwycona, iż żołnierze po długiej nieobecności nareszcie powrócili, a mnie podczas pełnego zapału powitania także spora część tych okrzyków przypadła w udziale — możecie mi wierzyć, panowie. Nawet teraz jeszcze w sześćdziesiątym roku mego życia... ale poco tracić czas na rzeczy aż nadto dobrze wszystkim znane?
Nasz pułk huzarów wraz z strzelcami gwardji stał załogą w Fontainebleau, jest to jak wiadomo mała miejscowość wśród lasu; ale roiło się tam wtedy od wielkich książąt, kurfirstów i książąt, którzy kręcili się dokoła Napoleona, aby z jego rąk otrzymać koronę. Nasz mały kapral jednak o bladej twarzy i zimnych, szarych oczach, jechał co rana milczący i zamyślony na polowanie, podczas gdy wszystkie te wielkości grupowały się dokoła niego i nadstawiały uszu, skoro tylko poruszały się usta mocarza.
A gdy był właśnie w dobrym humorze, rzucał jednemu sto mil kwadratowych, który wyrwał drugiemu. Tutaj przesuwał granice królestwa aż do jakiejś rzeki, tam zmniejszał inne królestwo, zabierając mu łańcuch gór.
Taki był już sposób postępowania małego kapitana artylerji, którego my na naszych pałaszach i bagnetach wynieśliśmy na tak wysokie stanowisko.
Wiedział zapewne dobrze, komu zawdzięcza swą potęgę, gdyż był dla nas zawsze bardzo uprzejmy. My natomiast posiadaliśmy całą świadomość wyświadczonych mu usług i nie omieszkiwaliśmy tego okazywać w całem naszem postępowaniu. Nie zapominaliśmy ani na chwilę, że on był coprawda dosko-