Strona:Chimera 1907 z. 28-30.djvu/424

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.
    Z POEZYI OBCEJ411

    Przeglądam się — i nagle widzę się aniołem!
    Mrę i — czy szybą sztuka, czy mistyka — szczytnie
    Odradzam się, w djademie marzenia nad czołem,
    Pod jakiemś dawnem niebem, kędy Piękno kwitnie!

    Lecz biada! Rzeczywistość jest panem: jej tchnienie
    I w tem pewnem schronieniu ściga mię i plami,
    A gdy Głupota rzygnie nieczyste swe rdzenie,
    Muszę śpiesznie zatykać nos przed lazurami.

    Niepodobna-ż, o moje Ja, co znasz gorycze,
    Rozbić szkło, przez potworu zelżone wszeteczność,
    I skrzydły bez piór w zbić się w sfery tajemnicze,
    — Chociażby potem przyszło spadać całą wieczność?

    St. Mallarmé.



    (Z „LA BONNE CHANSON“).
    V.

    Zanim, ranna gwiazdo blada,
    Z lazurowych zejdziesz łąk,
    — W cząbrach stada
    Przepiórczane dzwonią wkrąg —

    Zwróć ku piewcy, który oczy
    Ma miłosnych pełne śnień,
    — W nieb roztoczy
    Już skowronek wita dzień —

    Zwróć spojrzenie, co w jasności
    Już się topi rannych zórz;
    — O, radości
    Pośród łanu złotych zbóż! —

    Potem myślą zaświeć moją
    W dali tam — oh, w dali, tak!
    — Rosy stoją
    Na źdźbłach sian, djamentów szlak —