Strona:Chimera 1907 z. 28-30.djvu/423

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.
    410CHIMERA

    Co balsamiczną Śmierć ukrywa w łonie swem
    Dla wieszczów, których już znużyło służyć światu.



    OKNA.

    Znużon smutkiem szpitala i kadzidłem wstrętnem,
    Co bije śród banalnej firanek białości
    Ku krzyżowi na murze nagim, obojętnym, —
    Konający prostuje czasem stare kości,

    Zwłóczy się i — nietyle, by rozgrzać swe padło,
    Ile, by ujrzeć słońce na głazach — przyciska
    Biały zarost i twarz swą kościstą, wybladłą,
    Do szyb, gdzie blask wypala tęczowe zjawiska.

    Usta wyschłe a żądne nieb, lazurów trunku,
    Jak zamłodu wdychały skarb, świeżość dziewczęcą,
    Zatłuszczają w przeciągłym, gorzkim pocałunku
    Ciepłe i lśniące tafle z radością zwierzęcą.

    Pjany, żyje, zapomniał o olejach świętych,
    Lekach, kaszlu, zegarze, łożu w ciemnym kącie...
    A gdy wieczór krwią zbroczy zręby dachów ściętych,
    Oko jego, na sytym światłem horyzoncie,

    Widzi galery złote, piękne jak łabędzie,
    Śpiące cicho na rzece z purpur i wonności
    I kołyszące lśniące swych linij krawędzie
    W ogromnej, wspomnieniami brzemiennej gnuśności.

    Tak ja, zdjęty niesmakiem, wstrętem do człowieka
    Twardej duszy, co w szczęściu brodzi życie całe
    I plugastwo rozkoszy zwiększyć się zacieka,
    Aby je dać kobiecie karmiącej mu małe,

    Pierzcham — i wszystkich okien czepiam się przebojem,
    Gdzie tyłem się do życia staje, — i z zachwytem
    W ich szybach, zmytych rosy wiekuistej zdrojem,
    Nieskończoności czystym ozłoconych świtem,