Strona:Cecylia Niewiadomska - Lat temu dziewięćset.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyszli: bogów wyzywają, zgubę im wróżą. Cóż poczniem bez bogów? Czyż pierwszy piorun nas samych nie spali? Biada nam, biada!
Ktoś stanął w obronie: ciekawość, jaka ich Boga potęga? Musi być mocny, skoro chce walczyć z innymi. Można mu także gaj jaki poświęcić, niechaj w opiekę weźmie Pruską ziemię.
Starcy spojrzeli na mówcę złowrogo i chmurniejszemi były ich oblicza, w oku gniew gorzał, milczący, lecz straszny.
Wyrok stanowczy padł na cudzoziemców: zarazę niosą, usunąć ich trzeba. Serca młodzieży płoche, łatwowierne, starszych zadaniem strzedz je od zepsucia i bogów bronić. Do nich to należy. Widzieli sami własnemi oczyma potęgę słowa ich, potęgę krzyża, nie czas się bronić, kiedy wrogiej sile ulegnie ziemia cała.
Wcześnie zbudzili się nazajutrz zrana podróżni, — słońce zastało starca na modlitwie i ozłociło koroną z promieni włos jego biały. Wówczas na kamień, obok leżący pod drzewem, biskup oliwy nalał, krzyż zatknął wysoko i zaczął świętą odprawiać ofiarę.
Chór ptasząt pieśnią wtórował tym modłom, lasy szeptały cicho wielkie słowa, co po raz pierwszy w tem miejscu zabrzmiały, kielichy kwiatów, niby kadzielnice wonne, słały swe tchnienie, kłaniały się trawy, ku ziemi chyląc łzami obciążone liście, a słońce zgóry wielką patrzało źrenicą na ołtarz Pański, niby wyspę jasną wśród fal pogaństwa.
Z daleka pochmurnie patrzeli na to starcy.