Strona:Cecylia Niewiadomska - Lat temu dziewięćset.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słońce jasne spojrzało z wysokiego nieba, i król zasępił pogodne oblicze, gdyż biskup Wojciech zwlekać już nie chciał z podróżą.
Więc stań się wola Boża.
Wody Bałtyku od Wisły do Niemna omywały kraj Prusów, — zielony łąkami bujnych pastwisk, w niebo patrzący oczami tysiąca jezior, wilgotny, bagnisty, od morza piasku opasany wstęgą, dalej tonący w cieniu borów czarnych, schronieniu zwierza i ludzi.
Lud prosty, ubogi, żył tu nielicznie, skórami odziany i lnem, w chacie nizkiej, zakopanej w ziemi, bez okien, pełnej dymu, — żywność mu dawały stada nieliczne, ryb wielka obfitość, leśne owoce. Czcił słońce i światłość, ogień dobroczynny, święte gaje i drzewa, łąki kwieciste na wiosnę, czyste i chłodne wody świętych jezior, i piorun groźny, i burzy potęgę. Czcił bóstwa swoje przez miłość lub trwogę.
Zresztą wytrwały był na srogość zimy, cieszący się jak dziecko do życia i słońca, gościnny dla przyjaciół, okrutny dla wroga.
Dzień był kwietniowy, poranek.
Na błękitnem niebie słońce mrugało złotemi rzęsami, zalewając świat blaskiem, — lasy, łąki i wody kąpały się w złocistych i ciepłych promieniach, żywiczne pąki zwolna rozchylały cienkie osłony i młode listki zmięte prostowały się, rosły, nabierały barwy, — tu i owdzie już biała czeremcha zdążyła okryć się wonnem kwieciem; — trawy lśniły rosą, kwiaty otwierały do słońca kielichy i piły światło i ciepło.