Strona:Cecylia Niewiadomska - Bez przewodnika.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Chramcówkach skrzypnęły cicho i Tadzio w mundurku, z wyrazem pomieszania na bladej twarzyczce, stanął w progu.
Powoli drzwi zamknął za sobą i zbliżył się do brata: budzić, czy nie budzić?
Janek otworzył oczy.
— Wstałeś? — spytał zdziwiony.
— Byłem u nich.
— U Zosi?
Chłopiec skinął głową.
— Powiedziałeś?
Tadzio milczał chwilę.
— Gadajże!
— Wróciły pozawczoraj, a wczoraj pojechały do Szczawnicy.
Janek usiadł na łóżku.
— Jakto? Być nie może! I nie czekały na nas?
— Nie wiedziały wcale o naszym przyjeździe. Nie byliśmy u Liptaków, Ślimak nie zawiadomił, Liptakowie zdziwili się, gdy przyszedłem.
Janek wzburzony zaczął chodzić po pokoju. Byłby chętnie zburczał Tadzia, ale jakoś nie mógł, nozdrza mu drżały, czuł swoją winę. Nagle stanął, spojrzał na brata, na niebo, jasne słońce i zwykłym swym gestem wzruszył ramionami. Potem ziewnął i wlazł pod kołdrę.
— Cóż będzie? — spytał Tadzio.
— Zatelegrafuj do stryja: »Zostajemy. Niech stryj lepiej przyjedzie do nas. Dużo tu jeszcze rzeczy do poznania«.